• Institut für Slawistik und Hungarologie
    • Sprachpraxis Polnisch

Archiv für Juli 2020

Rereading i rewatching – czy warto czytać i oglądać kilka razy to samo?

Każdego tygodnia w Polsce publikowane są nowe książki, filmy oraz seriale. Jeżeli pomnożyć to przez wszystkie wydawnictwa, stacje, portale itp., to w miesiącu pojawia się kilkadziesiąt nowych tytułów. I to w tylko jednym kraju! Gdyby wziąć pod uwagę cały świat, tych tytułów jest już kilkaset. Tysiące stron oraz tysiące minut na wyciągnięcie ręki; czekających na odkrycie. Pojawia się więc pytanie, czy w ogóle powinno wracać się do czegoś, co już się obejrzało, czy przeczytało?

Poruszyłam ten temat w rozmowie z paroma osobami. Każda z nich okazała się posiadać książki oraz tytuły, do których wraca dość regularnie. Jednak nigdy nie zastanawiali się oni nad samą ideą, więc zazwyczaj spytani „czy warto oglądać bądź czytać to, co już się widziało?“, raczej zaprzeczali i wspominali o tytułach, których nie mieli jeszcze czasu poznać, a chcieliby. Prawie każdy z nas ma jakąś listę filmów albo seriali do obejrzenia, czy stosik książek czekających na przeczytanie – mały wyrzut sumienia zbierający kurz na szafce nocnej. Dlaczego jednak co jakiś czas sięgamy po to, co już znamy? Powodów jest kilka.

Powrót do ulubionej książki po latach może się skończyć na dwa sposoby. Z jednej strony może pomóc nam odkryć, że nasze preferencje się zmieniły. Co nie jest samo w sobie czymś złym i poświęcony czas nie będzie zmarnowany. Może być też tak, że teraz po prostu interesuje nas coś zupełnie innego. Za to z drugiej strony po latach możemy zwrócić uwagę a zupełnie inne aspekty, co jest osobiście moją ulubioną rozrywką, ponieważ czuję się, jakbym nagle znalazła skarb, o którym nie miałam pojęcia, że był tuż przed moim nosem. Nasza perspektywa się zmienia i czasami dopiero po latach zauważamy jakiś piękny cytat, czy przekaz zapisany między wierszami; dostrzegamy nowe szczegóły, a może nawet odkrywamy, że książka miała zupełnie inne przesłanie, które kiedyś nam umknęło, ponieważ nie patrzeliśmy wtedy na świat w taki sposób, w jaki patrzymy teraz.

Pojawia się jednak pytanie, co jednak gdy po powrocie do ulubionego tytułu okaże się, że on nam się już nie podoba? To również nic złego, ponieważ jak wspomniałam wyżej, zmieniamy się, a nasze doświadczenie wpływa na nas światopogląd. Nie umniejsza to jednak komfortu, radości, czy odprężenia, które przynosił nam dany tytuł w przeszłości. Był tam, kiedy go potrzebowaliśmy. Teraz pozostaje nam tylko odkryć, co sprawia nam przyjemność obecnie.

Kolejnym powodem przemawiającym za powracaniem do sprawdzonych tytułów jest tempo życia. Obecnie w 2020 roku mogło wydawać się, że życie zwolniło, może nawet w pewnym momencie zamarło na chwilę, jednak dni mijają i ostatecznie wszystko toczy się dalej. Są terminy, sprawy do załatwienia i człowiek zawsze jest zabiegany. Nie wspominając o tym, że nieubłaganie zbliża się sesja. Czasami jest się zbyt zabieganym, aby mieć czas na rozeznanie się w nowych tytułach, śledzenie na bieżąco premier kinowych, czy tych wszystkich nowych seriali lub ich sezonów pojawiających się na portalach streamingowych. Ale nasza potrzeba oderwania się choć na chwilę pozostaje. Potrzebujemy czegoś, aby zregenerować umysł, skupić się na czymś innym, rozluźnić się. Nic nie sprawdza się wtedy lepiej niż ulubiona książka, czy ukochany serial.

Czasami wracamy jednak do tytułów, które może niekoniecznie nazwalibyśmy „ulubionymi“ – sięgamy bowiem po tak zwane guilty pleasure, czyli nasze grzeszne przyjemności. Moi rozmówcy przyznali, że w stresujących momentach sięgają po coś, przy czym po prostu nie trzeba za dużo myśleć. Wiedzą, że czasami już dawno powinni „wyrosnąć“ z danych historii, jednak to właśnie one pojawiają się na tapecie, gdy chcą się rozluźnić, jak książki z dzieciństwa oraz animacje. Może w ten sposób unikają również ryzyka rozczarowania się nowymi tytułami, które mogą nie wypełnić tej potrzeby, którą mamy w momentach stresu.

Mam również swój bardzo osobisty powód, a jest nim to, że czasami po prostu pragnę i muszę powrócić do sprawdzonego tytułu. Są seriale, które oglądam praktycznie co roku. Ba, są filmy i seriale, które oglądam z każdym z moich przyjaciół, ponieważ są dla mnie tak ważne. Są też filmy, które oglądam, gdy czuję się np. przygnębiona lub książki, do których wracam, gdy już nie mam na nic innego siły. Dlaczego? Po pierwsze, czasami szczegóły szybko mi umykają i chcę przypomnieć sobie, o czym dokładnie była ta historia, odkryć ją w ten sposób na nowo. Nie jest to jednak aż tak ważny dla mnie powód, ponieważ zauważyłam, że większość ulubionych tytułów zapada mi w pamięć bardzo dobrze. Zupełnie inaczej jest jednak z masą „przeciętnych“ tytułów, których jest teraz bez liku. Co jest moim po drugie. Mogłabym w tym momencie zacząć dyskutować o obecnym problemie ilości nad jakością (w oryginale: quantity over quality) w kulturze, jednak mijałoby się to z celem, ponieważ chodzi tu o moje osobiste odczucia.

Mam wrażenie, że większość nowych produktów kulturowych jest nijaka. Owszem mogą być zabawne, pouczające, wciągające, przerażające itd. przez jakąś krótką chwilę. Jednak rzadko zdarzają się pozycje, które całkowicie zmieniają ci światopogląd, zapadają ci w pamięć na długie miesiące i nie opuszczają twoich myśli przez tygodnie. Tytuły, o których chce się dyskutować bez końca, więc namawia się namiętnie znajomych do zapoznania się z nimi. Obecnie takie książki, seriale, filmy są prawdziwą rzadkością. Ponownie zaznaczę, że jest to tylko moje zdanie i ma również swoje powody. Jednym z nich jest to, że przez lata prowadziłam bloga o kulturze i dużą

jego częścią było pisanie subiektywnych recenzji. Pojawiały się tytuły, o których pisałam małą książkę, analizując je pod każdym kątem. Były jednak i tytuły, o których nie miałam za wiele do powiedzenia i trudno było mi napisać chociaż jedną stronę, a nie chodziło wcale o to, że były one złe (wbrew pozorom, jeżeli coś jest naprawdę złe, to pisanie o tym jest nie mniej przyjemne, niż o tych wspaniałych tytułach). Często były one po prostu „w porządku“ – tylko tyle lub aż tyle.

Myślę nad tym już od dłuższego czasu. Jak to możliwe, że pamiętam o wiele lepiej coś, co oglądałam prawie dziesięć lat temu, a nie mogę sobie przypomnieć, gdzie widziałam tę scenę z plaży, co siedzi mi w głowie od paru dni? Jak się później okazało widziałam ją w serialu, który oglądałam dosłownie niecałe dwa tygodnie temu, ale pamiętała to moja siostra, a nie ja. Nie wspominając nawet o tym, że czasami wezmę do ręki książkę, którą na pewno przeczytałam, a nie pamiętam zupełnie nic. Imiona bohaterów nie są ważne, można nawet powiedzieć, że fabuła nie jest w tym momencie aż tak ważna. Co wtedy czułam? Podobała mi się, czy nie? Teraz jednak trzymam tę książkę wpatrując się w jej tytuł i już nic nie czuję – nada, null.

Moje rozważania mogłyby prowadzić w tym momencie czytelnika do wniosku, że zarówno ja, jak i moi rozmówcy nie robimy nic poza „odgrzewaniem starych kotletów“, co oczywiście nie jest zgodne z prawdą. Choć już od dawna się tak nie czuję, to był moment, gdy czułam presję, aby czytać i oglądać, jak najwięcej nowości, ponieważ o tym się mówi i o tym ludzie chcą czytać. Niektórzy mogą dać złapać się w taką pułapkę i czuć niepotrzebny stres związany z tym, że nie mają jak nadrobić wszystkich gorących produkcji, które wychodzą. A przecież nie o to w tym wszystkim chodzi!

Odkrywanie nowych tytułów może być prawdziwą przygodą – oczywiście nie zawsze udaną, ale tak to już jest – mamy własny gust, a czasami oczekiwania, które nie zostają spełnione. Jak najbardziej warto jest więc sięgać po nowości, czy głośne tytuły. Gdy nie jesteśmy jednak do nich do końca przekonani, to warto jednak dać sobie czas i powrócić do tego po paru tygodniach, czy miesiącach, aby sprawdzić, czy dalej interesuje nas zapoznanie się z danym tytułem. Niektóre książki będą czekały na półce przez lata i wciąż będziemy chcieli się z nimi zapoznać. Bywa i tak, że natkniemy się na coś kilkanaście lat po premierze, gdy cały świat już o tym zapomni, a będzie to dokładnie to, czego szukaliśmy. Czytanie oraz oglądanie – jeżeli nie jest naszą pracą, czy obowiązkiem – powinno być przede wszystkim przyjemnością.

16. Juli 2020 | Veröffentlicht von NK | Kein Kommentar »
Veröffentlicht unter Teksty
Verschlagwortet mit , , ,

Harcerstwo z perspektywy instruktora harcerskiego w Niemczech

Harcerstwo – dla niektórych to sprzedawanie ciasteczek lub pomaganie starszym ludziom w przekroczeniu ulicy, dla innych jest to styl życia i pasja na całe życie. Harcerstwo polskie istnieje nie tylko w Polsce, ale i poza granicami Kraju (ZHPpgK), wszędzie tam, gdzie jest większa Polonia. W Litwie, Ukrainie, Niemczech, Australii, we Francji, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Argentynie, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Norwegii, we Włoszech, Białorusi i w Austrii – właśnie tam można spotkać harcerki i harcerzy w polskich mundurach. Chciałbym tu przedstawić harcerstwo z mojej perspektywy, jako dorosłego instruktora harcerskiego i drużynowego Próbnej Drużyny Harcerskiej w Berlinie, z punktu widzenia kogoś, kto dołączył do harcerstwa dopiero jako dorosły i to za granicą. Ale co to w ogóle jest harcerstwo i jak powstało?

Brytyjski arystokrata Lord Robert Stephenson Smyth Baden-Powell, krótko BiPi, baron Gilwell i generał armii brytyjskiej, podczas wojny przeciwko Burom był dowódcą obrony miasta Mafeking w Południowej Afryce od 1899 do 1900 roku. Podczas tej obrony utworzył oddział chłopców do służby pomocniczej, jak na przykład służby łącznikowej i wartowniczej, co okazało się bardzo efektywne i przydatne. Okazało się, że chłopcom można powierzyć poważne zadania, jeśli się ich poważnie traktuje. W 1907 roku Baden-Powell zorganizował obóz dla chłopców na brytyjskiej wyspie Brownsea. Informacje i doświadczenia, które wówczas zebrał, spisał w poradniku „Scouting for Boys”, czyli „Skauting dla chłopców”, który bardzo szybko stał się bestsellerem. Jego poradnik został przetłumaczony na różne języki i idea skautingu rozprzestrzeniła się na cały świat. Powstały pierwsze drużyny skautowe, w których pochodzenie oraz status społeczny nie odgrywały żadnej roli. W 1916 roku jego żona Olave St. Clair przejęła organizację skautek, czyli Girl Guides.

Wkrótce do terenów dzisiejszej Polski, której wtedy nie było na mapie świata, dotarła książka Baden-Powella. Młody członek różnych polskich organizacji niepodległościowych, Andrzej Juliusz Małkowski, za karę za spóźnialstwo musiał przetłumaczyć książkę Baden-Powella na język polski. Ten młody ruch zaczął go bardzo interesować i zauważył wiele wspólnych cech z organizacjami niepodległościowymi, których był członkiem, czyli „Eleusis”, „Zarzewie”, oraz „Sokół”. To właśnie on i jego żona Olga Drahonowska-Małkowska są uważani za założycieli polskiego harcerstwa, czyli Związku Harcerstwa Polskiego. Harcerstwo działało we wszystkich zaborach, głównie potajemnie, gdyż pod zaborem rosyjskim i pruskim było nielegalne. Polscy harcerze i harcerki walczyli w walkach o niepodległość, pomagali podczas obrony Lwowa („Orlęta Lwowskie”), a podczas Drugiej Wojny Światowej służyli w Szarych Szeregach, w Armii Krajowej i w armii Andersa. Podczas wojny sporo Polaków opuściło Polskę, wśród nich też dużo harcerzy i harcerek, którzy zostali za granicą często z obawy przed sowiecką okupacją i NKWD. W 1946 roku na Zjeździe w Enghien pod Paryżem założono Związek Harcerstwa Polskiego działającego poza granicami Kraju, czyli wszędzie tam, gdzie wówczas żyła Polonia i polscy uchodźcy. Ten związek działa do dziś, a od 2010 roku również na terenie Niemiec. I ja jestem jego członkiem. Ale jak to się dla mnie zaczęło?

Już od dzieciństwa chciałem być harcerzem. Dziadkowie i mama opowiadali mi o tym, jak było w harcerstwie, jakie przygody przeżyli. Zostałem też patriotycznie przez nich wychowany. Podczas moich wakacji nad morzem widziałem też jak polscy harcerze wędrowali, bawili się w podchody lub mieli chrzty z Neptunem na plaży. Również w czasie kolonii młodzieżowych organizowanych przez moich rodziców nad polskim Bałtykiem miałem kontakt z harcerzami. Razem pląsaliśmy, śpiewaliśmy i robiliśmy ogniska. Ale ja nie miałem możliwości zostania polskim harcerzem. Przez prawie całe dzieciństwo mieszkałem w Holandii i Belgii. Wtedy nawet nie słyszałem o ZHP poza granicami Kraju. Aż pewnego dnia moja koleżanka, harcerka z Polski, mi o tym opowiadała. Doradziła mi, żebym w Internecie sprawdził “Polski skauting na świecie”. Szybko znalazłem stronę internetową ZHP Świat (ZHPpgK), ale niestety nie znalazłem drużyny w moim najbliższym otoczeniu. W 2013 roku napisałem więc do drużynowego, który działał najbliżej mnie, czyli do druha Rafała, który jest drużynowym 1 Lipskiej Drużyny Harcerzy ZHP Świat imieniem księcia Józefa Poniatowskiego w Leipzig. Jednak wtedy jeszcze nie mogłem do nich dołączyć, ponieważ dystans był zbyt wielki.

W marcu 2016 roku, gdy już mieszkałem w okolicy Berlina, druh Rafał wysłał mi zaproszenie na obóz harcerski w Podgaju, w którym szczęśliwie mogłem wziąć udział. To był mój pierwszy obóz harcerski w życiu. Obóz spełnił moje wszelkie oczekiwania i do dziś jestem bardzo wdzięczny Rafałowi za zaproszenie. W czasie obozu dowiedziałem się również o stopniu harcerskim aspiranta, który “jest przewidziany dla dorosłych, którzy nie byli dotąd w Harcerstwie, albo którzy służyli jako uczestnicy w jednej z innych organizacji harcerskich, nie osiągając stopnia instruktorskiego” (Główna Kwatera Harcerzy, 2013). Po obozie z Rafałem ustaliliśmy warunki mojej próby na stopień aspiranta i w październiku 2016 otworzył mi próbę oficjalnie. Niektóre zadania miałem wykonywać przez cały okres próby, takie jak zaangażowanie charytatywne (służba), aktywność fizyczna (wychowanie sportowe), ukończenie kursu pierwszej pomocy, zapoznanie się z historią harcerstwa i skautingu, poznanie na wylot Prawa i Przyrzeczenia Harcerskiego oraz dążenie do harcerskich ideałów (postawa harcerska). Inne zadania mogłem wykonać tylko w trakcie obozów, jak na przykład zdobycie sprawności lub przygotowanie oraz przeprowadzenie wycieczki w teren. To właśnie w trakcie drugiego obozu w 2017 roku złożyłem przyrzeczenie harcerskie. Jak wyglądało moje przyrzeczenie?

Był to wieczór 27-ego lipca 2017 roku podczas obozu harcerskiego w Lginiu. Mieliśmy już apel wieczorny, obowiązywała cisza nocna, więc kładliśmy się spać. Ale coś było inaczej niż zwykle. Inne podobozy na stanicy (wielkie harcerskie pole namiotowe) miały nocne zabawy, więc polana była bardzo aktywna. Widziałem jak druh Rafał starał się niezauważalnie chować nasz proporzec za namiotem i szeptał coś do druhów Michaela i Adama, czyli członków kadry instruktorskiej. Zapytałem się Rafała, czy będzie jakiś nocny alarm, nocne podchody lub coś podobnego, ale on się tylko uśmiechnął i odparł tajemniczym tonem „może”. Podejrzewałem, że w nocy trzeba będzie wstać, więc położyłem się w ubraniach do łóżka i starałem się zasnąć. Mniej więcej godzinę później obudził mnie Michał, kazał mi zabrać wszystko, co potrzebne i zawiązać sobie na oczach moją chustę. Rafała i Adama wówczas już nie było w namiocie. Była godzina 23.30. Druh Michał poprowadził mnie przez cały obóz, orientowałem się jako tako gdzie jestem, gdyż słyszałem jak inni harcerze ze sobą rozmawiali i słyszałem agregat od stołówki. W końcu Michał pozwolił mi zdjąć chustę z oczu i zobaczyłem świece tworzące drogę do namiotu. Przed namiotem przywitał mnie druh Adam i poprosił, abym wszedł do namiotu. W nim siedział druh Rafał, a w świetle świecy widziałem nasz proporzec. Zapytał się czy wiem, dlaczego tu jestem. Odpowiedziałem, że chyba się domyślam. Wtedy zaczął czytać na głos Prawo Harcerskie. Spytał się mnie, czy jestem gotowy, aby złożyć Przyrzeczenie Harcerskie. Wyraziłem swą szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętnie pomoc bliźnim i być posłusznym Prawu Harcerskiemu. Potem razem odmówiliśmy Modlitwę Harcerską. Przez cały czas byłem bardzo wzruszony. Spełniło mi się jedno z moich największych marzeń. Zamiast Krzyża Harcerskiego druh Rafał wręczył mi małą złotą lilijkę, jako symbol mojej przynależności do harcerstwa. Krzyża się nie wręcza do ręki, przypina się go do munduru, którego wtedy jeszcze nie miałem. Więc drużynowy przechowywał mój krzyż, aż do tego momentu, gdy będę go miał. Po północy dołączyło do nas jeszcze paru innych kandydatów, którzy również złożyli swoje przyrzeczenia. Byli tak jak ja całkowicie zaskoczeni. W poniedziałek 4-ego września 2017 roku przed Nikolaikirche w Lipsku, mieliśmy mały apel przed ceremonią święcenia proporca drużyny, razem z druhami z Harcerstwa Starszego ZHR, Podgórskiego Szczepu Drużyn Wędrowniczych „SHRON“ i z harcerzami ZHR z Łodzi oraz gościem specjalnym, ówczesnym Naczelnikiem ZHP poza granicami Kraju druhem Markiem Szablewskim z Londynu. Druhowie Marek i Rafał oficjalnie przypięli mi wtedy Krzyż Harcerski na mundur i wręczyli mi książeczkę służbową.

To był dopiero początek mojej harcerskiej przygody. Dziś jestem już pełnoprawnym instruktorem harcerskim; mam stopień przewodnika; jestem po kursie instruktorskim; współorganizowałem biwaki w Berlinie i okolicy. Jestem również drużynowym Próbnej Drużyny Harcerskiej w Berlinie, a jest to chyba pierwsza drużyna harcerska w Berlinie od końca drugiej wojny światowej. Do 1939 roku, czyli do wybuchu drugiej wojny światowej, w Berlinie działała 1 Berlińska Drużyna Harcerska imienia Zawiszy Czarnego przy ambasadzie Rzeczpospolitej Polskiej. Potem przez długi czas w Berlinie nie było konkretnego harcerskiego ruchu, co było częściowo spowodowane rządami NRD. Dziś berlińskie środowisko liczy około 30 członków, od najmłodszych zuchów, po harcerzy i instruktorów. Nasza drużyna cały czas rośnie.

Oczywiście są również trudności związane z organizacją zbiórek, obozów, biwaków, imprez i wędrówek. Nie przeszedłem klasycznej kariery harcerskiej, jak spora część harcerek i harcerzy w Polsce, czyli od siedmioletniego zucha do pełnoletniego przewodnika. Nauczyłem się wszystkiego, co teraz wiem o harcerstwie już jako dorosły, zaledwie cztery lata temu. Uczę się na bieżąco od dzieciaków i młodzieży z mojej drużyny, od rodziców, od druha Rafała, od druhów z Głównej Kwatery w Londynie i od przyjaciół z różnych związków harcerskich w Polsce. Również trudna jest organizacja różnych wydarzeń harcerskich w miejscu, w którym nie ma jeszcze zaplecza finansowego, gotowej infrastruktury i kontaktów. Właściwie w Berlinie wszystko jest budowane od zera. Kolejnym utrudnieniem jest brak stałego miejsca spotkań na zbiórki, czyli tak zwanej harcówki. Obecnie jesteśmy jeszcze uzależnieni od innych organizacji polonijnych, jeżeli chodzi o miejsce zbiórki, ale na szczęście mamy wielkie wsparcie ze strony Polskiego Towarzystwa Szkolnego „Oświata” i SprachCafé Polnisch.

Ale właściwie dla harcerza nie ma problemów, są tylko wyzwania, które trzeba pokonać. Olga Drahonowska-Małkowska powiedziała, że „trudności życia są błogosławieństwem, gdyż przezwyciężanie ich oznacza zwycięstwo.” Uważam to wszystko za przygodę mojego życia, uwielbiam to co robię. Robert Baden-Powell powiedział, że „życie bez przygód byłoby strasznie głupie”. Zgadzam się jak najmocniej z Naczelnym Skautem Świata i jestem mu dozgonnie wdzięczny za jego pomysł. Harcerstwo to przyjaźń, harcerstwo to służba bliźnim, harcerstwo to wesoły patriotyzm, harcerstwo to tolerancja, miłość, ekologia, historia, wody, góry, lasy, sprawności na całe życie, wiara, przygoda i rodzina. Harcerzem jest się zawsze i zróbmy tak, jak prosił Bi-Pi: „Starajcie się zostawić ten świat choć trochę lepszym, niż go zastaliście.”

Źródło:
Główna Kwatera Harcerzy. (2013). Związek Harcerstwa Polskiego – Organizacja Harcerzy: http://www.zhpgkh.org/files/3614/4586/7333/Aspirant.pdf

16. Juli 2020 | Veröffentlicht von NK | Kein Kommentar »
Veröffentlicht unter Teksty
Verschlagwortet mit , ,

Palimpsest

Mazury: Więcej niż bociany, Żubry i ruiny zamku?
Film Volkera Koeppa pt. “Schattenland. Reise nach Masuren” jako palimpsest kulturowy.

Celem eseju jest zbadanie różnych polskich, ukraińskich i niemieckich śladów w filmie Volkera Koeppa. W tym eseju Mazury rozumiane są nie tylko geograficznie, ale także jako metafora, która próbuje określić związek pomiędzy naturą, a człowiekiem. Pojawia się zatem kilka pytań: jak ludzie żyli tu w przeszłości? Jak dostosowali się do “nowego” kraju? Jakim dialektem mówili? W jakim stylu architektonicznym budowali swoje domy? Jak przeciwstawiali się zimnu i klimatowi? Jak łowili ryby? Czy polowali na łosie? Ludzie, którzy kiedyś tu mieszkali, pozostawili po sobie ślady i tradycje. Właśnie tych śladów będę szukał w poniższym eseju o filmie “Schattenland. Reise nach Masuren”. 

Ze względu na różne okresy kulturowe na przestrzeni wieków istniało wiele “wersji” Mazur. Pojawia się więc pytanie o jakim okresie, o jakich Mazurach w historii jest tu mowa. Jednak bez względu na to, jacy ludzie i z jakich narodowości przychodzą i odchodzą, jakie domy i budynki budują, i które z nich zostają zniszczone, krajobraz pozostaje bez zmian. 

Pierwsze ujęcia filmu pokazują warstwy zamierzchłych epok: ruiny starego zamku. Prawie bezzębny staruszek prowadzi nas przez ruiny. Wewnątrz starego murowanego budynku, z którego pozostało tylko kilka ścian, rosną drzewa. Ale staruszek wie dokładnie, gdzie kiedyś znajdowały się poszczególne sale, sypialnia, czy inne pomieszczenia. Nagle zaczyna iść szybciej, aż w końcu zatrzymuje się przed chatką z desek. „A to jest mój domek“, mówi dumnym głosem do kamery. 

I. Los deportowanych Ukraińców

Na początku filmu dwóch pochodzących z Ukrainy  rolników opowiada o swoim życiu na Mazurach. Mają ambiwalentne relacje z tym miejscem. Dla ich rodziców Mazury były końcem przymusowej podróży z okolic Lwowa w 1947 roku. Charakterystyczne dla obu jest to, że czują się nie tylko Polakami, ale także Ukraińcami, a przede wszystkim Mazurami. Starszy rolnik pyta na początku wywiadu, w jakim języku powinien mówić: polskim czy ukraińskim? Uważa też, że zna trochę niemieckiego. 

Drugi sądzi, że Mazury to dla niego tylko przystanek. Nie chce tu mieszkać, chciałby wrócić do kraju swoich rodziców, do dzisiejszej Ukrainy. Niestety nie może tam jechać, ponieważ nie może znaleźć kupca na swoje gospodarstwo. Czuje się wykluczony ze społeczeństwa –  jakby nikt nie myślał o nim i o historii jego rodaków.

II. W strefie przygranicznej z Kaliningradem

Przed ruinami innego zamku, grupa dzielnych dziewcząt opowiada historie o życiu dawnych Niemców na Mazurach. Znają historię o szlachcie i o popularnym tutaj kiedyś romansie pewnego hrabiego. Jest to zdumiewające, ponieważ prawie żaden Niemiec nie potrafiłby tak dokładnie i szczegółowo opowiedzieć o XIX. wieku na Mazurach. Można tu wciąż znaleźć niemieckie ślady: chorągiewka pogodowa na wieży pokazuje cztery strony świata. Na każdej części są staroniemieckie oznaczenia.

III. Pory roku

Jest zima. Rybacy na jeziorze łamią lód. Stary silnik diesla zaczyna się palić. Wszędzie widać czarny, toksyczny dym. Kilku z nich skarży się na warunki życia na Mazurach: nie można tu wyżyć tylko z rybołówstwa! Także UE nie poprawiła tej sytuacji. „Dlaczego nie zaczniesz grać na loterii?“, krzyczy jeden rybak do drugiego. Mimo wszystko nie stracili oni poczucia humoru: jeden z nich kładzie sobie na głowie gałęzie jodłowe stając za drugim. Od przodu mężczyzna wygląda teraz, jakby miał wielkie poroże. Przywodzi to na myśl poroże łosia wschodniopruskiego („Elchschaufel”).

Wkrótce nadchodzi wiosna. Klatka z filmu: zbliżenie pary bocianów w gnieździe. Trzaskają one dziobami. Kamera pokazuje następnie starszego mężczyznę na farmie. Mam więcej bocianów niż dzieci – żartuje. Gospodarstwo znajduje się bezpośrednio przy granicy z Kaliningradem. Dziś granica została wytyczona bezpośrednio przez wieś, z której pozostała tylko wieża kościelna. W czasach PRL-u cmentarz i wszystkie inne budynki po drugiej stronie granicy zostały zniszczone, relacjonuje mężczyzna.

IV. Młodzi dorośli

Niektórzy studenci uciekają od gorączkowego życia w Warszawie i spędzają weekend na Mazurach. Uważają oni, że Polacy tak lubią Mazury, ponieważ można tu miło spędzić czas. Jedna ze studentek pochodzi z Łotwy, ale Mazury bardzo przypominają jej Wilno, ponieważ rosną tu te same zioła i rośliny. Kiedy skończy studia, chciałaby się przenieść się na Mazury na stałe.

V. Para małżeńska

Ta para zawsze interesowała się tradycyjnymi metodami budowy domów. Dlatego też zaczęli budować swój własny, drewniany dom. Dokładnie w takim stylu, jaki był w przeszłości  powszechny na Mazurach. Pewnego dnia, wczasowicze zapytali się ich, czy mogliby przenocować w takim domku. Potem para zaczęła sprzedawać przyjezdnym zupę… Dziś pokoje w drewnianym domu wynajmują turystom. 

VI. Starsza dama

Urodziła się w Marchii Brandenburskej i pracowała jako korespondentka w Polsce. Po przejściu na emeryturę przeniosła się tu na stałe. Wspomina, że nie wszyscy Niemcy z Mazur zostali wypędzeni. Pozwolono im zostać, jeśli mówili tylko po polsku. Oficjalnie nie wolno już było mówić po niemiecku. Mimo to, wielu z nich dalej rozmawiało z rodzicami po niemiecku. Zachowały się tutaj też niektóre niemieckie zwyczaje, jak np. zając wielkanocny.

VII. Ukraiński rolnik

Ponowna wizyta w gospodarstwie ukraińskiego rolnika. Chciałby on jak najszybciej sprzedać gospodarstwo, krzyczy to do kamery. Chce uciec z Mazur, żeby zamieszkać na Ukrainie, skąd jego rodzina została deportowana. Wie jednak, że przez lata gospodarstwo to stało się dla niego niczym matka, która karmi swoją rodzinę. „Chleb wychodzi z roli, którą się uprawia“. Nagle wbija łopatę w ziemię, po czym mówi: „Nie pozostaje z nas nic oprócz prochu. Na końcu zostaje tylko ziemia“. Po tych słowach milknie.

Język wizualny filmu

W filmie mieszkańcy Mazur prezentują swoją relację z tym krajobrazem. Obraz wydaje się prawie romantyczny. Rezultatem jest zróżnicowane spojrzenie przez kamerę. Nagrania krajobrazu zachęcają do refleksji. Jednak chciałbym podkreślić, że film nie jest jedynie jakąś “kiczowatą nostalgią”! Zresztą, słowo „nostalgia“ pochodzi ze starożytnej greki, od słowa „Ἄλγος“, które oznacza „ból“. Właśnie z tym bólem widzowie filmu spotykają się, gdy pokazywane są ruiny, bieda i zepsuta infrastruktura. Czy wcześniej wszystko było lepsze? Bardziej idylliczne? Zielone łąki, złote kłosy zboża, weseli rolnicy i hojni hrabiowie? Na pewno nie! Ból wynika raczej z tego, że możliwości krajobrazu nie są w pełni wykorzystywane, a mieszkańcy Mazur żyją dziś w środku krajobrazu, który jest równocześnie miejscem straty i sielanką. 

Szczególną cechą języka wizualnego jest jego bezstronność. W jednym z wywiadów reżyser filmu powiedział, że w szkole filmowej dowiedział się, że przed przeprowadzeniem wywiadu należy jak najlepiej poznać swojego rozmówcę. Kiedy Volker Koepp próbował przeprowadzić swój pierwszy wywiad ze starszym panem, wywiad szybko poszedł nie tak. Podczas przygotowań do wywiadu rozmówca wszystko mu już opowiedział, a potem dziwił się, dlaczego Volker chciałby znowu usłyszeć „to wszystko“.

Od tego czasu Volker Koepp zbliża się do ludzi, w ten sposób, że pyta ich tylko o to, co uważa za ważne, robi to też spontanicznie. Każdy może mówić jak chce: po łemkowsku, po polsku, po niemiecku. Z tego powodu w filmie pojawiają się wyjątkowo szczere momenty. Wszystko to bez żadnej manipulacji.

Mała Utopia

Od dawna zastanawiałem się, dlaczego Volker Koepp nazwał swój film „Reise nach Masuren”. Przychodzi mi na myśl, dobrze znany pogląd filozofa Ernsta Blocha o utopii. Według Blocha, „U-topos” jest miejscem, w którym nikt nigdy nie był. Może Koepp myślał, że można tylko zbliżyć się do Mazur, ale nie można do nich dotrzeć. Nawet jeśli zrobisz film o Mazurach na Mazurach. Przeszłość i teraźniejszość Mazur różni się. Wszystkie osoby przedstawione w filmie nazywają to miejsce inaczej: wygnanie, schronienie, miejscowość wypoczynkowa lub po prostu miejsce pracy. Ruiny, bociany i legendy o niemieckiej szlachcie nie są więc tylko przedstawione, aby opisać ten sielankowy krajobraz. Są tu wspomniane po to, aby pokazać, że wszystko na Mazurach jest niezwykle delikatne i dalej będzie się w ten sposób rozwijało. Krajobraz Mazur wydaje się nie należeć do nikogo. Tak było w przeszłości i tak pozostanie w przyszłości.

16. Juli 2020 | Veröffentlicht von NK | Kein Kommentar »
Veröffentlicht unter Teksty

Wywiad – praca w czasie pandemii

NK: Cześć, cieszę się, że możemy porozmawiać o pracy zdalnej.

MK: Cześć! Cieszę się, że mogę pomóc poprzez podzielenie się spostrzeżeniami o życiu na home office.

NK: Jak wyglądał wcześniej Twój typowy dzień?

MK: Mój typowy dzień wyglądał następująco: wstawałam o 6 rano, jadłam śniadanie i szykowałam się do wyjścia. Biuro, w którym pracuję jest oddalone o godzinę drogi od mojego domu, więc żeby zdążyć na 8 rano, musiałam wyjść z domu o 7. Dwa środki komunikacji później i byłam w pracy. W biurze spędzałam 8,5 godziny (mamy półgodzinną przerwę na lunch niewliczaną do czasu pracy). Powrót – ponownie godzina dojazdu. Podliczając wszystko w domu nie było mnie prawie 11 godzin. Po powrocie do domu, standardowo czas dla siebie – jedzenie, film, książka, serial, spotkanie z przyjaciółmi. Okazjonalnie aktywność fizyczna.

NK: Pracowałaś wcześniej okazjonalnie zdalnie?

MK: Wcześniej miałam możliwość pracy zdalnej raz w tygodniu, więc mniej więcej wiedziałam czego się spodziewać, kiedy zaczęły pojawiać się głosy, że zaczniemy pracować zdalnie regularnie. Do tej pory ten jeden dzień pracy zdalnej pozwalał mi na wyspanie się (bo odpadał dojazd) oraz załatwienie spraw, których nie mogłabym załatwić pracując z biura.

NK: Jak wygląda Twój dzień teraz?

MK: Wstaję godzinę później, bo o 7 rano, ale każdego ranka pół godziny poświęcam na jazdę na rowerze stacjonarnym. Ze względu na pracę z domu, chodzę dużo mniej (jedynie po zakupy), co zaczyna odbijać się na mojej sprawności fizycznej. Do tego dwa razy w tygodniu wieczorami uczestniczę w godzinnych zajęciach online (pilates, rozciąganie). Jeśli chodzi o samą pracę, nie zmieniło się dużo, ale wynika to również ze specyfiki mojej pracy. Raz w tygodniu mam teamowego calla, podczas którego omawiamy najważniejsze tematy, ale również plotkujemy o tym, co się u nas dzieje 😉 Na pewno najtrudniejsza jest współpraca z innymi działami bez możliwości bezpośredniej komunikacji – co zaczynam coraz bardziej odczuwać, im dłużej pracujemy zdalnie. Powrót do domu po pracy też jest szybszy – wystarczy zamknąć klapę laptopa. Dzięki temu dochodzi godzina dla siebie, chociaż nie ukrywam, że czasami chcąc coś szybko dokończyć, można ją niepostrzeżenie stracić.

NK: Czy masz wrażenie, że nakład pracy wymagany przez pracodawcę zwiększył się/zmiejszył, czy może jest taki sam?

MK: Specyfika mojej pracy polega na byciu na drugiej linii współpracy pomiędzy moją firmą, a klientami biznesowymi, którzy w obecnej sytuacji wykazują zwiększone zapotrzebowanie na nasze usługi oraz zadają dodatkowe pytania. Także pracy jest więcej, ale przyczyną nie jest pracodawca.

NK: Jaka jest najlepsza rzecz w pracy zdalnej, a jaka najgorsza? Dlaczego?

MK: Najlepsza – więcej czasu (brak dojazdów, które mimo wszystko są dość męczące). Najgorsza – brak bezpośredniego kontaktu z innymi osobami.

NK: Wspomniałaś o tym, że niektórzy Twoi współpracownicy pracują teraz o wiele dłużej, jak myślisz dlaczego tak jest?

MK: Tak jak pisałam, bardzo łatwo jest dać się ponieść sytuacji, a wręcz chcieć skończyć coś od razu, przez co człowiek nie zauważa, że minęła już godzina, w której normalnie wychodziłby z biura, bo zaraz miałby odjeżdżać jego pociąg. W niektórych przypadkach, może to być kwestia nudy – no bo co robić w takiej sytuacji w jakiej obecnie się znajdujemy? Część osób może uważać, że dzięki temu są bardziej produktywni i pomaga im to radzić sobie ze stresem w jakim wszyscy żyjemy.

NK: Jak oceniasz swój poziom samodyscypliny?

MK: Jest całkiem niezła, chociaż zawsze mogłaby być lepsza. Jestem typem człowieka, który lubi mieć przed sobą postawione zadanie i dążyć do jego wykonania, więc praca z domu nie wymaga ode mnie zwiększenia samodyscypliny. Inaczej jednak sytuacja wygląda w życiu prywatnym 😉

NK: Wyobrażasz sobie pracowanie w ten sposób przez kolejne lata? Dlaczego?

MK: Nie. Chociaż dwie godziny czasu więcej dla siebie jest całkiem fajną sprawą, tak nie wyobrażam sobie pracowania w ten sposób przez kolejne lata – ta sytuacja pokazuje jak ważna jest relacja na żywo, między współpracownikami. Zarówno ze względów biznesowych, jak i czysto społecznych.

NK: Dziękuję za rozmowę!

16. Juli 2020 | Veröffentlicht von NK | Kein Kommentar »
Veröffentlicht unter Pandemia
Verschlagwortet mit , , ,

Podróżowanie przyszłości

Czy turystyka i podróżowanie zmieni się po pandemii?

Odpowiadając krótko: i tak i nie, z naciskiem na słowo „nie“. Są rzeczy, które już teraz w jakiś sposób się zmieniły i sprawiły, że przez pewien czas podróżowanie będzie wyglądało zupełnie inaczej. Jednak ogólnie, gdy tylko będzie możliwy powrót do szeroko teraz wspominanej „normalności“, to ludzie szybko zapomną o niemiłych doświadczeniach, spakują walizki i ruszą w drogę.

Od dawna wiadomo, że to właśnie ludzie szkodzą naturze (a potem szumnie próbują ją ratować). Media społecznościowe chętnie podkreślają teraz, jak to na świecie oczyściło się powietrze; jak to w Indiach ludzie po raz pierwszy zobaczyli Himalaje; jak to nad chińskimi miastami zniknęły chmury smogu, a w ogóle to widzieliście, że ryby i delfiny wróciły do obecnieprzeźroczystej wody w Wenecji? „Niesamowite, musimy to chronić“ – pomyślało wielu i może niektórzy będą próbowali się tego trzymać. Możliwe, że ten news o żółwiach, które pierwszy raz od dziesiątek lat wykluły się bez problemów na azjatyckich plażach będzie ich motywował do podejmowania bardziej świadomych decyzji, jeżeli chodzi o podróżowanie. A równocześnie… wiadomo było o wiele wcześniej, jak szkodliwe są np. samoloty lub śmiecenie na plaży czy w rezerwatach, a jednak ci sami ludzie, którzy teraz są adwokatami natury i udostępniają dalej wspaniałe nowiny, nieświadomie sami brali w tym wszystkim udział.

Pojawi się teraz  zapewne pytanie, czy  to źle  podróżować samolotem? Przecież  chciałoby się samemu zwiedzić świat, przepłynąć gondolą przez Wenecję, popływać w oceanie… Czy coś złego jest w tym, że chce się doświadczyć tego, co inni? Nie ma w tym oczywiście nic złego, wiele osób pragnie podróżować, a w ostatnich latach coraz popularniejsze staje się również życie z podróżowania. Ludzie nie zarabialiby na tym, gdyby innych to nie interesowało. Dopóki będzie popyt, będzie również sprzedaż. Są miejsca, które od lat mocno kontrolują liczbę gości, a do tego wprowadzają opłatę turystyczną. Taka świadomość potrzebna jest jednak z obu stron, a myślę, że w tym momencie tworzy się błędne koło. Ludzie, którzy żyją z turystyki (a czasami są to regiony, a nawet kraje) chcą zarobić. Z powodu obecnej sytuacji małe biznesy upadają; z mapy zniknie wiele urokliwych miejsc, jak hotele, restauracje, resorty, parki rozrywki, małe, prywatne muzea itp., które żyły tylko z turystów. Większe firmy wyjdą z obecnej sytuacji z małym uszczerbkiem lub bez szwanku, ale i tak będą próbowały się odbić, co może doprowadzić do jeszcze szybszego zanieczyszczenia środowiska, nie wspominając o gwałtownym wzroście cen. Ludzie siedzą teraz zamknięci w domach i marzą o tym, że po prostu gdziekolwiek wyjechać; może to być nawet miejsce, które tak niemiło wspominają. Byle by wyjechać.

Może się też okazać, że przez kolejne dwa lata wakacje staną się luksusem. Jednak gdy tylko sytuacja zacznie się normować, to wtedy wzrośnie również liczba podróżujących. Odpowiedzią na popyt, będzie sprzedaż i to wszystko wróci w końcu na tory, na których było. Kto będzie wtedy pamiętał o rybach w Wenecji?

16. Juli 2020 | Veröffentlicht von NK | Kein Kommentar »
Veröffentlicht unter Podróżowanie
Verschlagwortet mit , ,

Trudne czasy dla podróżników

Żyjemy w trudnych czasach. Jeszcze kilka miesięcy temu, nasza młodzież wyszła na ulicy i walczyła o nasz klimat, o ochronę środowiska, o bezpieczną przyszłość dla nas wszystkich. Dzisiaj znajdujemy się w środku pandemii i prawie nikt nie mówi o „Friday‘s for Future” i o ochronie środowiska. Wręcz przeciwnie! Media głównie mówią o skutkach pandemii, o kryzysie ekonomicznym, o możliwych premiach dla kupna nowego samochodu, o tym, kiedy w końcu będzie kontynuacja ligi piłki nożnej, o łamaniu konstytucji przez polski rząd, o tzw. wyborach prezydenckich, o protestach przeciwników obostrzeń i o tym, czy w tym roku możemy wyjechać na wakacje. Jak będzie wyglądała przyszłość podróżowania? Jak powinna wyglądać? Możemy kontynuować tak, jak przed pandemią?

Mam nadzieję, że się czegoś nauczyliśmy przez ostatnie miesiące. Miasta bez turystów, czyli bez tłumów, bez tłoku, bez smogu… W mediach socjalnych ludzie postują zdjęcia i filmy ze zwierzętami, które ostatnio pojawiły się w miejscach, w których ich od dawna nie widziano. W Wenecji widziano delfiny, nad Bałtykiem foki, w innych miejscach łoś i tak dalej. Natura mogła przez chwilę odsapnąć. Niektórzy ludzie zauważyli, jak bardzo człowiek ingerował w swoje otoczenie, w naturę i że w ogóle tego nie dostrzegał, że nie miał tego na uwadze. Człowiek, który przez kilka miesięcy był „zamknięty” w swoim mieszkaniu teraz bardziej ceni wypady do parku, do lasu, a nawet na plażę. W Niemczech jeszcze nie było takiego problemu z tym, gdyż nie zabroniono obywatelom spaceru w lesie, czy na plaży, póki był zachowany odpowiedni dystans i wszystkie inne zasady bezpieczeństwa.

Ale w Polsce wyglądało to i nadal wygląda bardzo inaczej. Policja o wiele surowiej egzekwowała obostrzenia, sypało się mandatami, niektóre są słuszne, inne niesprawiedliwe. Polski rząd „zamknął” lasy, zabronił wstępu na plażę, nawet wojsko patrolowało, by wspierać policję. Właśnie w lasach, w puszczy, na plaży człowiek może wolno oddychać, tam na szlakach jest miejsce dla każdej i każdego, by mogli oddychać pełną piersią, by odpocząć od tego wszystkiego… i właśnie tego im zabroniono.

Człowiek powinien sobie cenić takie wypady do lasu, na plażę, do parku, wycieczki na rowerze i wakacje, które w tym roku być może się nie odbędą, z powodu zagrożenia pandemicznego. Skoro teraz bardziej doceniają swoje najbliższe naturalne otoczenie, lokalny las, pobliskie jezioro… to może i to im wystarczy, na wakacyjny odpoczynek. Nie zawsze trzeba lecieć do Tajlandii, do Egiptu, Chorwacji, na Karaiby czy Majorkę. Taki lot samolotem czy rejs ogromnym wycieczkowcem bardzo wiele kosztuje naszą planetę. Wyjedź na wakacje do najbliższego lasu, jeziora, nad Bałtyk lub ośrodek agroturystyczny. Matka natura i lokalne przedsiębiorstwa Ci za to na pewno będą bardzo wdzięczne. 

16. Juli 2020 | Veröffentlicht von NK | Kein Kommentar »
Veröffentlicht unter Podróżowanie