Morten Nissen
Mazury: Więcej niż bociany, Żubry i ruiny zamku?
Film Volkera Koeppa pt. “Schattenland. Reise nach Masuren” jako palimpsest kulturowy.
Celem eseju jest zbadanie różnych polskich, ukraińskich i niemieckich śladów w filmie Volkera Koeppa. W tym eseju Mazury rozumiane są nie tylko geograficznie, ale także jako metafora, która próbuje określić związek pomiędzy naturą, a człowiekiem. Pojawia się zatem kilka pytań: jak ludzie żyli tu w przeszłości? Jak dostosowali się do “nowego” kraju? Jakim dialektem mówili? W jakim stylu architektonicznym budowali swoje domy? Jak przeciwstawiali się zimnu i klimatowi? Jak łowili ryby? Czy polowali na łosie? Ludzie, którzy kiedyś tu mieszkali, pozostawili po sobie ślady i tradycje. Właśnie tych śladów będę szukał w poniższym eseju o filmie “Schattenland. Reise nach Masuren”.
Ze względu na różne okresy kulturowe na przestrzeni wieków istniało wiele “wersji” Mazur. Pojawia się więc pytanie o jakim okresie, o jakich Mazurach w historii jest tu mowa. Jednak bez względu na to, jacy ludzie i z jakich narodowości przychodzą i odchodzą, jakie domy i budynki budują, i które z nich zostają zniszczone, krajobraz pozostaje bez zmian.
Pierwsze ujęcia filmu pokazują warstwy zamierzchłych epok: ruiny starego zamku. Prawie bezzębny staruszek prowadzi nas przez ruiny. Wewnątrz starego murowanego budynku, z którego pozostało tylko kilka ścian, rosną drzewa. Ale staruszek wie dokładnie, gdzie kiedyś znajdowały się poszczególne sale, sypialnia, czy inne pomieszczenia. Nagle zaczyna iść szybciej, aż w końcu zatrzymuje się przed chatką z desek. „A to jest mój domek“, mówi dumnym głosem do kamery.
I. Los deportowanych Ukraińców
Na początku filmu dwóch pochodzących z Ukrainy rolników opowiada o swoim życiu na Mazurach. Mają ambiwalentne relacje z tym miejscem. Dla ich rodziców Mazury były końcem przymusowej podróży z okolic Lwowa w 1947 roku. Charakterystyczne dla obu jest to, że czują się nie tylko Polakami, ale także Ukraińcami, a przede wszystkim Mazurami. Starszy rolnik pyta na początku wywiadu, w jakim języku powinien mówić: polskim czy ukraińskim? Uważa też, że zna trochę niemieckiego.
Drugi sądzi, że Mazury to dla niego tylko przystanek. Nie chce tu mieszkać, chciałby wrócić do kraju swoich rodziców, do dzisiejszej Ukrainy. Niestety nie może tam jechać, ponieważ nie może znaleźć kupca na swoje gospodarstwo. Czuje się wykluczony ze społeczeństwa – jakby nikt nie myślał o nim i o historii jego rodaków.
II. W strefie przygranicznej z Kaliningradem
Przed ruinami innego zamku, grupa dzielnych dziewcząt opowiada historie o życiu dawnych Niemców na Mazurach. Znają historię o szlachcie i o popularnym tutaj kiedyś romansie pewnego hrabiego. Jest to zdumiewające, ponieważ prawie żaden Niemiec nie potrafiłby tak dokładnie i szczegółowo opowiedzieć o XIX. wieku na Mazurach. Można tu wciąż znaleźć niemieckie ślady: chorągiewka pogodowa na wieży pokazuje cztery strony świata. Na każdej części są staroniemieckie oznaczenia.
III. Pory roku
Jest zima. Rybacy na jeziorze łamią lód. Stary silnik diesla zaczyna się palić. Wszędzie widać czarny, toksyczny dym. Kilku z nich skarży się na warunki życia na Mazurach: nie można tu wyżyć tylko z rybołówstwa! Także UE nie poprawiła tej sytuacji. „Dlaczego nie zaczniesz grać na loterii?“, krzyczy jeden rybak do drugiego. Mimo wszystko nie stracili oni poczucia humoru: jeden z nich kładzie sobie na głowie gałęzie jodłowe stając za drugim. Od przodu mężczyzna wygląda teraz, jakby miał wielkie poroże. Przywodzi to na myśl poroże łosia wschodniopruskiego („Elchschaufel”).
Wkrótce nadchodzi wiosna. Klatka z filmu: zbliżenie pary bocianów w gnieździe. Trzaskają one dziobami. Kamera pokazuje następnie starszego mężczyznę na farmie. Mam więcej bocianów niż dzieci – żartuje. Gospodarstwo znajduje się bezpośrednio przy granicy z Kaliningradem. Dziś granica została wytyczona bezpośrednio przez wieś, z której pozostała tylko wieża kościelna. W czasach PRL-u cmentarz i wszystkie inne budynki po drugiej stronie granicy zostały zniszczone, relacjonuje mężczyzna.
IV. Młodzi dorośli
Niektórzy studenci uciekają od gorączkowego życia w Warszawie i spędzają weekend na Mazurach. Uważają oni, że Polacy tak lubią Mazury, ponieważ można tu miło spędzić czas. Jedna ze studentek pochodzi z Łotwy, ale Mazury bardzo przypominają jej Wilno, ponieważ rosną tu te same zioła i rośliny. Kiedy skończy studia, chciałaby się przenieść się na Mazury na stałe.
V. Para małżeńska
Ta para zawsze interesowała się tradycyjnymi metodami budowy domów. Dlatego też zaczęli budować swój własny, drewniany dom. Dokładnie w takim stylu, jaki był w przeszłości powszechny na Mazurach. Pewnego dnia, wczasowicze zapytali się ich, czy mogliby przenocować w takim domku. Potem para zaczęła sprzedawać przyjezdnym zupę… Dziś pokoje w drewnianym domu wynajmują turystom.
VI. Starsza dama
Urodziła się w Marchii Brandenburskej i pracowała jako korespondentka w Polsce. Po przejściu na emeryturę przeniosła się tu na stałe. Wspomina, że nie wszyscy Niemcy z Mazur zostali wypędzeni. Pozwolono im zostać, jeśli mówili tylko po polsku. Oficjalnie nie wolno już było mówić po niemiecku. Mimo to, wielu z nich dalej rozmawiało z rodzicami po niemiecku. Zachowały się tutaj też niektóre niemieckie zwyczaje, jak np. zając wielkanocny.
VII. Ukraiński rolnik
Ponowna wizyta w gospodarstwie ukraińskiego rolnika. Chciałby on jak najszybciej sprzedać gospodarstwo, krzyczy to do kamery. Chce uciec z Mazur, żeby zamieszkać na Ukrainie, skąd jego rodzina została deportowana. Wie jednak, że przez lata gospodarstwo to stało się dla niego niczym matka, która karmi swoją rodzinę. „Chleb wychodzi z roli, którą się uprawia“. Nagle wbija łopatę w ziemię, po czym mówi: „Nie pozostaje z nas nic oprócz prochu. Na końcu zostaje tylko ziemia“. Po tych słowach milknie.
Język wizualny filmu
W filmie mieszkańcy Mazur prezentują swoją relację z tym krajobrazem. Obraz wydaje się prawie romantyczny. Rezultatem jest zróżnicowane spojrzenie przez kamerę. Nagrania krajobrazu zachęcają do refleksji. Jednak chciałbym podkreślić, że film nie jest jedynie jakąś “kiczowatą nostalgią”! Zresztą, słowo „nostalgia“ pochodzi ze starożytnej greki, od słowa „Ἄλγος“, które oznacza „ból“. Właśnie z tym bólem widzowie filmu spotykają się, gdy pokazywane są ruiny, bieda i zepsuta infrastruktura. Czy wcześniej wszystko było lepsze? Bardziej idylliczne? Zielone łąki, złote kłosy zboża, weseli rolnicy i hojni hrabiowie? Na pewno nie! Ból wynika raczej z tego, że możliwości krajobrazu nie są w pełni wykorzystywane, a mieszkańcy Mazur żyją dziś w środku krajobrazu, który jest równocześnie miejscem straty i sielanką.
Szczególną cechą języka wizualnego jest jego bezstronność. W jednym z wywiadów reżyser filmu powiedział, że w szkole filmowej dowiedział się, że przed przeprowadzeniem wywiadu należy jak najlepiej poznać swojego rozmówcę. Kiedy Volker Koepp próbował przeprowadzić swój pierwszy wywiad ze starszym panem, wywiad szybko poszedł nie tak. Podczas przygotowań do wywiadu rozmówca wszystko mu już opowiedział, a potem dziwił się, dlaczego Volker chciałby znowu usłyszeć „to wszystko“.
Od tego czasu Volker Koepp zbliża się do ludzi, w ten sposób, że pyta ich tylko o to, co uważa za ważne, robi to też spontanicznie. Każdy może mówić jak chce: po łemkowsku, po polsku, po niemiecku. Z tego powodu w filmie pojawiają się wyjątkowo szczere momenty. Wszystko to bez żadnej manipulacji.
Mała Utopia
Od dawna zastanawiałem się, dlaczego Volker Koepp nazwał swój film „Reise nach Masuren”. Przychodzi mi na myśl, dobrze znany pogląd filozofa Ernsta Blocha o utopii. Według Blocha, „U-topos” jest miejscem, w którym nikt nigdy nie był. Może Koepp myślał, że można tylko zbliżyć się do Mazur, ale nie można do nich dotrzeć. Nawet jeśli zrobisz film o Mazurach na Mazurach. Przeszłość i teraźniejszość Mazur różni się. Wszystkie osoby przedstawione w filmie nazywają to miejsce inaczej: wygnanie, schronienie, miejscowość wypoczynkowa lub po prostu miejsce pracy. Ruiny, bociany i legendy o niemieckiej szlachcie nie są więc tylko przedstawione, aby opisać ten sielankowy krajobraz. Są tu wspomniane po to, aby pokazać, że wszystko na Mazurach jest niezwykle delikatne i dalej będzie się w ten sposób rozwijało. Krajobraz Mazur wydaje się nie należeć do nikogo. Tak było w przeszłości i tak pozostanie w przyszłości.
NK: Cześć, cieszę się, że możemy porozmawiać o pracy zdalnej.
MK: Cześć! Cieszę się, że mogę pomóc poprzez podzielenie się spostrzeżeniami o życiu na home office.
NK: Jak wyglądał wcześniej Twój typowy dzień?
MK: Mój typowy dzień wyglądał następująco: wstawałam o 6 rano, jadłam śniadanie i szykowałam się do wyjścia. Biuro, w którym pracuję jest oddalone o godzinę drogi od mojego domu, więc żeby zdążyć na 8 rano, musiałam wyjść z domu o 7. Dwa środki komunikacji później i byłam w pracy. W biurze spędzałam 8,5 godziny (mamy półgodzinną przerwę na lunch niewliczaną do czasu pracy). Powrót – ponownie godzina dojazdu. Podliczając wszystko w domu nie było mnie prawie 11 godzin. Po powrocie do domu, standardowo czas dla siebie – jedzenie, film, książka, serial, spotkanie z przyjaciółmi. Okazjonalnie aktywność fizyczna.
NK: Pracowałaś wcześniej okazjonalnie zdalnie?
MK: Wcześniej miałam możliwość pracy zdalnej raz w tygodniu, więc mniej więcej wiedziałam czego się spodziewać, kiedy zaczęły pojawiać się głosy, że zaczniemy pracować zdalnie regularnie. Do tej pory ten jeden dzień pracy zdalnej pozwalał mi na wyspanie się (bo odpadał dojazd) oraz załatwienie spraw, których nie mogłabym załatwić pracując z biura.
NK: Jak wygląda Twój dzień teraz?
MK: Wstaję godzinę później, bo o 7 rano, ale każdego ranka pół godziny poświęcam na jazdę na rowerze stacjonarnym. Ze względu na pracę z domu, chodzę dużo mniej (jedynie po zakupy), co zaczyna odbijać się na mojej sprawności fizycznej. Do tego dwa razy w tygodniu wieczorami uczestniczę w godzinnych zajęciach online (pilates, rozciąganie). Jeśli chodzi o samą pracę, nie zmieniło się dużo, ale wynika to również ze specyfiki mojej pracy. Raz w tygodniu mam teamowego calla, podczas którego omawiamy najważniejsze tematy, ale również plotkujemy o tym, co się u nas dzieje 😉 Na pewno najtrudniejsza jest współpraca z innymi działami bez możliwości bezpośredniej komunikacji – co zaczynam coraz bardziej odczuwać, im dłużej pracujemy zdalnie. Powrót do domu po pracy też jest szybszy – wystarczy zamknąć klapę laptopa. Dzięki temu dochodzi godzina dla siebie, chociaż nie ukrywam, że czasami chcąc coś szybko dokończyć, można ją niepostrzeżenie stracić.
NK: Czy masz wrażenie, że nakład pracy wymagany przez pracodawcę zwiększył się/zmiejszył, czy może jest taki sam?
MK: Specyfika mojej pracy polega na byciu na drugiej linii współpracy pomiędzy moją firmą, a klientami biznesowymi, którzy w obecnej sytuacji wykazują zwiększone zapotrzebowanie na nasze usługi oraz zadają dodatkowe pytania. Także pracy jest więcej, ale przyczyną nie jest pracodawca.
NK: Jaka jest najlepsza rzecz w pracy zdalnej, a jaka najgorsza? Dlaczego?
MK: Najlepsza – więcej czasu (brak dojazdów, które mimo wszystko są dość męczące). Najgorsza – brak bezpośredniego kontaktu z innymi osobami.
NK: Wspomniałaś o tym, że niektórzy Twoi współpracownicy pracują teraz o wiele dłużej, jak myślisz dlaczego tak jest?
MK: Tak jak pisałam, bardzo łatwo jest dać się ponieść sytuacji, a wręcz chcieć skończyć coś od razu, przez co człowiek nie zauważa, że minęła już godzina, w której normalnie wychodziłby z biura, bo zaraz miałby odjeżdżać jego pociąg. W niektórych przypadkach, może to być kwestia nudy – no bo co robić w takiej sytuacji w jakiej obecnie się znajdujemy? Część osób może uważać, że dzięki temu są bardziej produktywni i pomaga im to radzić sobie ze stresem w jakim wszyscy żyjemy.
NK: Jak oceniasz swój poziom samodyscypliny?
MK: Jest całkiem niezła, chociaż zawsze mogłaby być lepsza. Jestem typem człowieka, który lubi mieć przed sobą postawione zadanie i dążyć do jego wykonania, więc praca z domu nie wymaga ode mnie zwiększenia samodyscypliny. Inaczej jednak sytuacja wygląda w życiu prywatnym 😉
NK: Wyobrażasz sobie pracowanie w ten sposób przez kolejne lata? Dlaczego?
MK: Nie. Chociaż dwie godziny czasu więcej dla siebie jest całkiem fajną sprawą, tak nie wyobrażam sobie pracowania w ten sposób przez kolejne lata – ta sytuacja pokazuje jak ważna jest relacja na żywo, między współpracownikami. Zarówno ze względów biznesowych, jak i czysto społecznych.
NK: Dziękuję za rozmowę!
