Autorka: Oliwia Zajdel
Czasem, gdy mnie ludzie pytają: „ W jakim języku myślisz?”, nie wiem dokładnie jak odpowiedzieć. Uśmiecham się bezradnie, bo sama nie wiem. Manchmal jest to Polski, czasem jest to Deutsch, a najczęściej coś pomiędzy.
Nazywam go językiem, który nie ma tak naprawdę nazwy, ale ma równocześnie swoje własne miejsce.
Dwujęzyczność nie była moim własnym wyborem, tylko tak zwanym stanem. Zdarza się, że czuję, jak każdy z tych dwóch języków otwiera inną część mnie. Po polsku myślę delikatniej, emocjonalnie, a w niemieckim konkretniej, jakbym trzymała swoje myśli w równych linach.
To nie jest przypadek.
Mózg pamięta emocje, które towarzyszyły nam, kiedy uczyliśmy się danego języka, dlatego język może zmieniać nastrój. Trochę jest to jak Licht wechseln. Ale w praktyce rzadko używam tylko jednego języka. Chociaż staram się rozmawiać poprawnie po polsku lub niemiecku, jeśli rozmówca nie zna jednego z tych języków.
Myśli przychodzą do mnie jak goście na berlińskim dworcu: z różnych stron, w różnym tempie, w różnych językach. Czasem zdanie zaczyna się na „Ich glaube…”, a kończy na „… że to jednak nie tak.” Ale nie przez to, że brakuje mi słów (chociaż od czasu do czasu się to zdarza). Przeciwnie, znajduje się ich za dużo. Każde pasuje inaczej.
To właśnie jest naturalny code-switching. Mózg dwujęzycznej osoby funkcjonuje w dwóch systemach naraz. Oba języki są stale włączone, nawet jeśli używasz tylko jednego. Dlatego mieszanie języków nie jest błędem. To ekonomia myślenia. Koniec końców, najbardziej dostępne słowo wygrywa.
Są również słowa, których nie przetłumaczysz. „Tęsknota”, której nie odda żaden niemiecki odpowiednik, ponieważ jest ich wiele: „Sehnsucht” jest to ogólna tęsknota, lub pragnienie. „Heimweh” oznacza tęsknotę za domem. „Verlangen” to silne pragnienie.
Ale w niemieckim jest też słowo „Gemütlichkeit”, którego nie da się wcisnąć w polskie zdanie.
Nieprzekładane słowa zachowują swój kształt, swoją kulturę. Zawieszają się w przestrzeni między językami, jak małe skarby, których nie wolno przekładać na siłę.
Berlin sprawia, że to wszystko staje się bardziej naturalne. Tutaj języki mieszają się na ulicach, w sklepach, w tramwajach.
W słuchawce kasjerki słyszysz polskie „momencik” wplecione w niemieckie „einen Augenblick bitte”.
Na przystanku ktoś mówi: „Ich muss da raus, przepraszam!”, i nikt nie podnosi brwi. To miasto żyje wielojęzycznością. Nawet jeśli nie jest widoczna w codzienności, na budynkach, jest w powietrzu.
Naukowcy mówią, że w takim środowisku rozwija się linguistic blending. To jest stan, w którym języki zaczynają płynąć jednym strumieniem, nawet jeśli milczysz.
Ale dla mnie to nie nauka, tylko codzienność. Czasem nawet nie zauważam, kiedy polski akcent wkrada się do mojego niemieckiego, albo kiedy niemiecki rytm przestawia mi szyk w polskim zdaniu.
Życie między dwoma językami to nie chaos. To przestrzeń. Miejsce, w którym słowa oddychają szerzej, a myśli mogą przechodzić z jednego świata do drugiego bez paszportu.
Może dlatego lubię pisać dwujęzycznie. Nie po to, by pokazać, że znam dwa języki, ale by pokazać, jak naprawdę nimi żyję.
Jak czasem się o siebie potykają, jak czasem się uzupełniają, a czasem tworzą trzeci język pomiędzy.
I może właśnie tam dzieje się najwięcej. Między słowami, zwischen den Worten.
- Oliwia o sobie: Urodziłam się w Polsce, a od dziewiątego roku życia mieszkam w Niemczech, od zawsze żyjąc między dwoma światami. Studiuję słowiańskie języki i literaturę oraz amerykanistykę, kierując się ciekawością tego, jak słowa łączą kultury.
Autorka: Nell Łach
Ostatnio usłyszałam zdanie, które dało mi do myślenia: „Einmal Ausländer, überall Ausländer” – czyli „Raz cudzoziemiec, wszędzie cudzoziemiec”.
Jako dziecko, kiedy ludzie mnie pytali, śmiało mówiłam, że jestem Polką. Bo po prostu tak się czułam. Z wiekiem zrozumiałam, że lepiej tego nie mówić, bo jakimś cudem za każdym razem to powód do dyskusji. Dla wielu ludzi, zarówno obcych, jak i członków rodziny, moje pochodzenie i narodowość są zaproszeniem do debaty.
W Niemczech nie czuję się do końca Niemką. Szczególnie kiedy spędzam czas z Niemcami, widzę różnice w wychowaniu, w kulturze, w języku i w innych aspektach. Ale jednocześnie nie potrafię czuć się w pełni Polką w Polsce. W domu wychowałam się jak w typowej polskiej rodzinie, ale mimo to różnię się od Polaków w Polsce. Nie chodziłam tam do szkoły i nie spędziłam tam mojego życia.
Wśród Niemców czuję się głupio, bo czasem brakuje mi słów albo mylę przysłowia. Wsród Polaków czuję się głupio, bo popełniam błędy, a przez akcent od razu dostaję pieczątkę „Niemka“.
Dwa lata temu byłam z przyjaciółmi w barze w Warszawie. Podeszli do nas chłopaki i zaczęliśmy rozmawiać – oczywiście po polsku. Spytali, skąd jesteśmy; odpowiedziałam, że przejechaliśmy z Berlina. Opowiadałam o Wrocławiu, że moja rodzina tam mieszka. Pytają, z jakiej dzielnicy pochodzę, odpowiadam, że urodziłam się w Berlinie. I nagle — wielka zmiana nastroju: ”A co ty, jesteś Niemką! Nie Polką!”. Nie miałam ochoty dyskutować. Męczy mnie to. 10 sekund wcześniej nazywali mnie Polką, traktowali mnie jak Polkę i mówili mojemu chłopakowi, że ma fajną polską dziewczynę. Gdy dowiedzieli się, że urodziłam się w Berlinie, rozmowa całkiem się zmieniła.
Wiosną odwiedziłam rodzinę w Polsce. Moja ciocia pyta, czemu tak chętnie jeżdżę do Polski i interesuję się tak mocno tym krajem jako Niemka. Dla mnie to pytanie, którego w ogóle nie mogłam zrozumieć — przecież to pierwszy język, w którym mówiłam, i jedyna kultura, którą naprawdę znam. Przecież jesteśmy rodziną, mamy tę samą krew, tych samych przodków. Na to inna ciocia odpowiada „Ale ona jest Polką“. A ja nie mam siły brać udział w tej rozmowie. Nie mam ochoty się tłumaczyć.
W zeszłym roku spędziliśmy wigilię u mojej rodziny, a pierwszy dzień świąt u rodziny mojego chłopaka. On pochodzi z rodziny niemieckiej. Na kuchence gotuje się Sauerbraten. Szok — jego mama wrzuca piernik do sosu. Dla mnie trudno zrozumieć, czemu wrzuca słodkie ciastka do garnka, a oni się dziwią, że tego nie znam: „Tak się gotuje tradycyjny Sauerbraten, jak to możliwe, że nie znasz Sauerbraten?“. Nigdy wcześniej nie widziałam tej potrawy. Cały swiąteczny stół był mi obcy. Nie znałam żadnych tych tradycji — po 20 lat w Niemczech pierwszy raz w życiu spędziłam tradycyjne niemieckie święta. Jak mam się czuć Niemką, skoro przy tym stole, przy niemieckiej rodzinie, czułam się tak obco?
Życzę sobie, aby moja narodowość, pochodzenie i tożsamość nie były tematem dyskusji dla osób, które nie wiedzą, jak to jest być imigrantem pierwszego pokolenia. Tożsamość jest bardzo skomplikowanym tematem dla wielu osób z „tłem migracyjnym“. Chciałabym, aby ludzie przestali nas kwestionować i zamiast tego szanowali nasze doświadczenia.
- Nell o sobie: Urodziłam się w Berlinie jako dziecko dwojga Polaków, dlatego polska kultura i język są ważną częścią mojej tożsamości. Obecnie studiuję filologię polską i rosyjską, ponieważ fascynują mnie języki słowiańskie. Nauka języków obcych to moja pasja.
Autorka: Nell Łach
Nazywam się Nell — na pierwszy rzut oka niezbyt polskie imię. Jednak pochodzi ono z popularnej polskiej książki oraz filmu „W pustyni i w puszczy“. Przez dekady była to lektura obowiązkowa w polskich szkołach. Główna bohaterka nazywa się Nel (według Google to wymyślone imię przez autora) jednak aby ułatwić mi życie w Niemczech, moi rodzice dodali podwójne ´l´ zamiast pojedynczego. Myślę, że to bardzo sprytne z ich strony — to jest imię typu „undercover“. Polacy często je rozpoznają, lecz dla Niemców to po prostu jakieś niezwykłe imię. Pewnie że nauczyciele mieli trudności z moim imieniem i często nazywali mnie Nele lub Nelly, chociaż nigdy nie doświadczyłam przez nie dyskryminacji.
Imię mojej siostry także dostosowano do międzynarodowej ortografii — zamieniono literę ´w´ na ´v´. Mimo że urodziła się w Polsce, nasi rodzice świadomie podjęli tę decyzje. Zdali sobie sprawę, jaką potęgę ma coś tak prostego jak imię, jeśli chce się zbudować życie za granicą.
Moim rodzicom jest bardzo trudno ze swoimi imionami w Niemczech. Oboje mają jedne z najbardziej skomplikowanych polskich imion, na które Niemiec może trafić. Nikt nie potrafi ich wymówić, a co dopiero napisać, i ludzie od razu wiedzą, że nie są Niemcami. Zanim zdążą ich poznać, już mają podstawę do dyskryminacji.
Bardzo często zauważyłam, że dzieci polskich rodziców mają zniemczone wersje polskich imion. Zuzanna staje się Susanne, Patrycja – Patricia, Mateusz – Matthäus i tak dalej. Co ciekawe — w domu używa się wyłącznie polskiej wersji. Moim zdaniem, to pięknie pokazuje napięcie między polską i niemiecką tożsamością: Rodzice chcą, aby ich dzieci były dobrze zintegrowane i nie doświadczały tyle dyskryminacji co oni; jednocześnie bardzo zależy im na zachowaniu polskiej kultury i przekazywaniu polskiej tożsamości swoim dzieciom. I oczywiście, dla Polaków, dokładnie jak w wielu słowiańskich kulturach, imię oficjalne jest rzadko używane. Moje imię na przykład ma pięć różnych zdrobnień — Nelka, Nela, Nelcia, Neluś, Nelunia. Myślę, że właśnie dlatego nie jest to aż taka duża sprawa i ofiara dla polskich emigrantów, kiedy „nie mogą“ nadać dzieciom typowe polskie imię. Wiedzą, że to tylko formalności.
Dla ludzi na emigracji imię może albo bardzo utrudnić, albo ułatwić życie. Kiedy decydują się na imię dla dziecka, nie chodzi tylko o to, czy ładnie brzmi. Myśli się o przyszłości w nowym kraju. W Niemczech, imię Nell chroni mnie przed dyskryminacją i symbolizuje, że moi rodzice chcieli umożliwić mi łatwiejsze życie za granicą. A takie imiona jak Nelka lub Nelcia pokazują mi, gdzie leżą moje korzenie i skąd pochodzę..
A co twoje imię oznacza dla ciebie?.
- Nell o sobie: Urodziłam się w Berlinie jako dziecko dwojga Polaków, dlatego polska kultura i język są ważną częścią mojej tożsamości. Obecnie studiuję filologię polską i rosyjską, ponieważ fascynują mnie języki słowiańskie. Nauka języków obcych to moja pasja.
