Autor: Simone Aglan-Buttazzi
W powieści Bowie w Warszawie (2022; tłumaczenie niemieckie Olafa Kühla ukazało się w następnym roku) Dorota Masłowska wyobraża sobie, że słynny piosenkarz, podróżując pociągiem z Moskwy do Berlina, zatrzymuje się na krótko w Warszawie. W pewnym sensie to tak, jakby Berlin końca lat 70. symbolizowany przez Bowiego odwiedził stolicę Polski. Ale jakie są literackie wizyty Polski w Berlinie?
Z chronologicznego punktu widzenia należałoby zacząć przynajmniej od Józefa Ignacego Kraszewskiego, aresztowanego w Berlinie w 1883 roku, ale pomijając politykę, warto wspomnieć przede wszystkim o Bolesławie Prusie, który w latach 1878-1896 prowadził rubrykę podróżniczą najpierw w „Kurierze Warszawskim”, a następnie w „Kurierze Codziennym”. Artykuły zostały zebrane w dwóch tomach w 1950 roku. W drugiej części swoich Kartek z podróży Bolesław Prus poświęca kilka stron stolicy… Prus. Autor Lalki i Faraona oferuje porównanie między Warszawą i Berlinem na podstawie swoich wrażeń z 1895 roku. Prus zauważa, że Berlin jest większy od Warszawy, czystszy i ma mniej agresywnych mieszkańców niż Paryż! Oto przykład jego obserwacji: „Przemykamy się pod szeroką arkadą wiaduktu, po którym w tej chwili przejeżdża pociąg i – znajdujemy się na Friedrichstraße. Jest to jedna z pierwszorzędnych ulic w Berlinie, charakteryzuje się zaś wielkim ruchem i wielką ciasnotą. W tym miejscu nie jest ona szerszą od naszej Chmielnej ulicy, a ruch na niej no – jest mniej więcej taki jak u nas na Żabiej”.
Dziś klasyczne notatki z podróży są publikowane pod nazwą reportażu, gatunku bardzo popularnego w Polsce. Jest też reportaż kolektywny o stolicy Niemiec: Mur. 12 kawałków o Berlinie (2015), antologia z ilustracjami Filipa Springera. Trzynastu autorów, wśród których wyróżnia się Witold Szabłowski, wyrusza śladami tego, co pozostało z muru (także w głowach wielu Niemców).
Z dziedziny literatury pięknej można wymienić dwie współczesne trylogie powieściowe. Pierwsza to dzieło Grzegorza Kozery: Berlin, późne lato (2013), Króliki Pana Boga (2015) i Noc w Berlinie (2018). Dwie pierwsze powieści historyczne były nominowane do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. Kozera zaczyna od Republiki Weimarskiej, a następnie opowiada o dramatycznych wydarzeniach podczas nazizmu i bezpośrednio po kapitulacji.
Druga trylogia jest autorstwa Magdaleny Parys, która zadebiutowała na rynku literackim książką Tunel (2011, przetłumaczoną w 2014 roku przez Paulinę Schulz). Magik (2016) dostał Nagrodę Literacką Unii Europejskiej (EUPL) i jest dostępny w tłumaczeniu niemieckim dzięki pracy Lothara Quinkensteina (który tłumaczy również Olgę Tokarczuk). Powieści Parysa są współczesnymi thrillerami nawiązującymi do przeszłości NRD. W trzecim tomie, Książę (2020), bohaterowie – komendant policji Tschapieski i komisarz Kowalski – muszą rozwiązać nową sprawę kryminalną z trzymającą w napięciu fabułą.
Również w 2020 roku Szczepan Twardoch opublikował powieść „po polsku w Berlinie”: jest to Pokora, przetłumaczona na język niemiecki przez Olafa Kühla – innego tłumacza Tokarczuk – trzy lata później. Pokora jest epicką powieścią o rewolucji, wojnie i miłości. Tytuł książki to nazwisko głównego bohatera, porucznika Aloisa Pokory, pochodzącego z Górnego Śląska weterana pierwszej wojny światowej. Twardoch jak zwykle rzuca czytelnika w wir przemocy i ulicznego życia, tym razem w czasach narodzin Republiki Weimarskiej.
Chcąc mówić o literaturze hybrydowej pomiędzy pamiętnikiem, dziennikarstwem i fikcją, warto wspomnieć, że w Dzienniku 1961-1966 Witold Gombrowicz opowiada o pobycie w Berlinie (Zachodnim) podczas ostatnich miesięcy 1963 roku. Andrzej Stasiuk w Dojczlandzie (2007) woli opowiadać o nieistniejących już Niemczech, czyli NRD. Ten jego antyreportaż poświęca kilka stron podzielonemu i nowoczesnemu Berlinowi, miastu, w którym Stasiuk lubi się gubić, kończąc spacerem przy stadionie olimpijskim, „ponieważ od jakiegoś czasu zagadka niemieckiej duszy nie dawała mi spokoju“.
My natomiast, na tym blogu, nie dajemy sobie spokoju myśląc o polskiej duszy w Berlinie.
- Simone o sobie: Urodziłem się w Bolonii, gdzie pod koniec lat 90 studiowałem nauki o komunikacji społecznej i mediach. Mieszkam w Berlinie od 2006. Pracuję jako tłumacz na własny rachunek i poza polonistyką studiuję bibliotekoznawstwo. Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż pójście do kina – na film polski.
Autor: Eryk Kowalik
Żużel to dla mnie miłość od dziecka. Ten sport jest nie tylko emocjonujący, ale też wyjątkowy w swojej kulturze – bliskość kibiców, atmosfera na stadionach, pasja przekazywana z pokolenia na pokolenie. Gdy w Zielonej Górze słyszę ryk silników Falubazu, czuję się jak w domu. Ale żużel, jak każda dyscyplina z oddanymi fanami, ma też swoją mroczniejszą stronę. Tę, o której nie mówi się głośno, ale którą zna każdy, kto choć raz był na meczu ligowym, zwłaszcza w miejscach, gdzie sport przenika się z lokalną tożsamością.Nie oszukujmy się – żużel to nie tylko sport, ale też kibicowskie wojny, które od lat toczą się zarówno na trybunach, jak i poza nimi. W Polsce każdy wie, że derby Zielona Góra – Gorzów to coś więcej niż sportowa rywalizacja. To historia, tradycja, nienawiść, która przez lata budowała się między kibicami Falubazu i Stali. Kto był na derbach, ten wie, że to nie jest zwykły mecz – to święta wojna. Atmosfera gęstnieje już na długo przed pierwszym biegiem, a policja dobrze wie, że nie może sobie pozwolić na chwilę nieuwagi.
I choć żużel nie kojarzy się z tak agresywną sceną kibicowską jak piłka nożna, to jednak w wielu miastach istnieją grupy, dla których mecze są tylko pretekstem do rozliczeń. Większość kibiców chce po prostu oglądać emocjonujące wyścigi, ale są też tacy, dla których barwy klubowe to coś więcej – powód do walki. Nie brakuje historii o ustawianych „ustawkach” kiboli żużlowych, o atakach na przyjezdnych fanów, o napięciach, które przenoszą się z trybun na ulice. W Polsce, a także w niektórych częściach Niemiec, można znaleźć ekipy kibicowskie, które działają jak w piłce nożnej – mają swoje zasady, hierarchie i wrogów, których nienawidzą bardziej niż cokolwiek innego.Niektórzy mogą się zdziwić – jak to, żużel i kibole? Przecież to sport rodzinny, ludzie przychodzą na mecze z dziećmi, atmosfera jest festynowa. Owszem, to prawda, ale wystarczy wejść głębiej w świat fanatycznych grup kibicowskich, by zobaczyć, że nie zawsze chodzi tylko o sport. W Polsce są miasta, gdzie żużlowi kibice działają ramię w ramię z piłkarskimi ekipami. Sojusze, konflikty, nienawiść – to wszystko przenosi się z boisk na stadiony żużlowe.
Berlin mógłby być miejscem, gdzie żużel rozwijałby się bez tego bagażu. Może właśnie brak drużyny sprawia, że tu nie ma jeszcze tych negatywnych aspektów. Ale gdyby kiedyś powstał tu klub, czy uniknąłby tej kibicowskiej wojny, która w innych miastach rozgrywa się od lat? Czy żużel w Berlinie byłby czystym sportem, czy też w końcu ściągnąłby grupy, dla których trybuny to coś więcej niż doping?
Co o tym sądzicie? Czy kibicowska wojna to nieodłączny element sportu, czy można ją wyeliminować? A może to właśnie żużel, mimo swojej ciemnej strony, ma szansę pozostać sportem, który łączy, a nie dzieli?
- Eryk o sobie: Urodziłem się w Polsce i od zawsze fascynowało mnie odkrywanie nowych miejsc. Podróże to dla mnie nie tylko sposób na poznawanie świata, ale także na rozwój i zdobywanie nowych doświadczeń. Uwielbiam poznawać inne kultury, ludzi i ich historie, bo każda podróż wnosi coś wyjątkowego do mojego życia. Studiuję germanistykę oraz języki słowiańskie, ponieważ fascynuje mnie różnorodność języków i ich wpływ na kulturę.
